Wrocław 2014


wroc14

Tegoroczny wyjazd do Wrocławia nieco wcześniej. Brygada z Poznania wystartowała na dwa auta już w piątek. Oficjalne informacje podają, że piątkowa wyprawa spowodowana była organizacją wystawy tematycznej. Prawda jest jednak nieco inna, od wystawy większym zainteresowaniem cieszyła się impreza u Misia.

Pierwsza grupa w składzie Jorzik i Pirania jako kierowca wystartowała nieco wcześniej, prawdopodobnie chcieli zając lepsze miejsca. Grupa druga z stałym już kierowcą Markiem ruszyła godzinę później. W okolicach południa Marek pojawił się pod rezydencją Miksera, dalej po Mattiego. Mateusz przed samym wyjazdem posklejał sobie palce cyjanoakrylem, więc kazał na siebie czekać, dwa czteropaki jednak załatwiły sprawę i znowu zaczęliśmy go lubić. Kolejny przystanek u Górala, Waldek również wyszedł z założenia, że to kierowca powinien czekać na niego, a nie odwrotnie.

Czas się dłużył, Marek robił dziwne miny, Mikser odpalał papierosa od papierosa, Matti liczył hotelowe okna, aż w końcu pojawił się On. Książe Waldemar znany jako Góral objawił się nam swym blaskiem w pomylonych sznurowadłach.

Aby uciszyć nasze marudzenie zakomunikował, że posiada pizzę i nawet odda ją za darmo. Wrzuciliśmy Waldka do samochodu i ruszyliśmy w trasę.

W myśl zasady "jesteśmy za miastem, już można" członkowie WLKP rozpoczęli zlot modelarski już w trasie.

Gdzieś mniej więcej w połowie piersiówki zadzwonił Jorzik aby zakomunikować nam, że jadą bezpiecznie i prawdopodobnie w dobrym kierunku. Grupa ze Szczecina drogą telefoniczną nadsyłała podobne komunikaty.

Po odebraniu meldunków Marek znalazł przytulne miejsce postojowe z widokiem na dystrybutory. Jedzenie było za darmo więc wszyscy zajadali się rewelacyjną (przez wielkie R) pizzą przygotowaną przez Waldka. Skład jest tajny, ale podobno niektóre składniki pochodziły od znajomego dilera.

Dalsza droga to już standard, Marek liczył słupki przy drodze, Mikser śpiewał pieśni chwalebne dla nieobecnego Jorzika, Waldek uczył się czytać, a Matti... Matti głównie marudził i narzekał. 

Na miejscu prace nad przygotowaniem sali ruszyły już ostro do przodu. Standardowe, heja, siema, witam, joł ziom i co tam stary chu...

Przyszedł czas na zameldowanie się w zaprzyjaźnionym Hostelu Fraszka. Z racji prestiżu naszej grupy przybył po nas sam właściciel Fraszki.

Wraz z dumnym Jankiem zebraliśmy się w całość i łącznie z grupą z Szczecińskiego Paprykarza Modelarskiego udaliśmy się do hostelu.

Z wizyty we Wrocławiu każdy cieszył się na swój własny sposób.

Po krwawej walce o lepsze miejsca przyszedł czas na kawę, chwilę odpoczynku i ogólny relaks w pokoju pomalowanym na uspokajające kolory.

Tutaj warto zwrócić uwagę na fakt, że Konradoo niczym angielska dama zajadał się ciasteczkami... aż zjadł wszystkie.

Powrót do MDK-u przebiegł pomyślnie. Niektórzy starali się zapamiętać drogę powrotną znacząc punkty orientacyjne.

W sztabie dowodzenia znaleźliśmy Rajkuba który odbywał swoją pierwszą w życiu rozmowę przez telefon komórkowy.

Rajkub jako główny sprawca kolejnego już zlotu modelarzy wpychał się w każdy kadr i namolnie prosił o robienie mu zdjęć.

Wszyscy jednak wiemy, że do Wrocławia nie przyjeżdża się dla przyjemności, tak więc na komendę Jorzika pospiesznie wzięliśmy się do pracy. Okręty powoli zaczęły zajmować swoje miejsca i wystawa tematyczna zaczęła robić naprawdę spore wrażenie.

Czas płynął, Mikser odliczał czas do wyprawy w kierunku Misia, Marek polerował samoloty, Matti udawał maczo, Waldek szukał kumpli, a Konradoo kradł części z cudzych modeli.

Jedni byli nieco niewyraźni, inny wyglądali jak zwykle.

W tym czasie prace nad wystawą tematyczną trwały, gabloty lądowały na stołach i ku radości Miksera koniec prac był już blisko.

Długo oczekiwana chwila nadeszła i cała grupa rozpoczęła procedurę wyprawy w kierunku Misia.

Na miejscu przywitał nas groźny, ale uśmiechnięty barman gotowy świadczyć usługi rozweselania modelarzy wszelkiego rodzaju napojami.

Na zdjęciu da się zauważyć, że modelarskie hobby wcale nie jest tanie.

Po zaopatrzeniu się w odpowiednie napoje zajęliśmy miejsca. Rzecz jasna prezesi klubów mieli pierwszeństwo w wyborze stolików. Największą popularnością cieszyły się krzesła w optymalnej odległości bar-toaleta-stolik.

W podziękowaniu za świetny nocleg w zaprzyjaźnionym już Hostelu Fraszka przygotowaliśmy tablicę pamiątkową. Z założenia miała być kamienna, jednak czas nie pozwolił jej wyrzeźbić, poprzestaliśmy więc na antyramie z naszymi autografami.

Kiedy Mikser siłą mięśni starał się wywalczyć upragnione miejsce na ławce reszta bawiła się znakomicie. Integracja trwała, a kolejki do baru rosły.

Nadszedł czas przywitań i odnawiania starych przyjaźni.

Jak to zwykle bywa im dalej tym przyjemniej, miłość modelarska kwitła.

Przekrój napojów był dość znaczny, niektórych taki stan rzeczy zdecydowanie przytłaczał.

Zabawa trwała w najlepsze, jak to zwykle na takich spotkaniach bywa. Omawialiśmy poezję, graliśmy w szachy, były rozmowy o sensie życia, wyższości kartonu nad plastykiem, wpływie Sprudina na jakość projektów.... Tematów nie brakowało ;-)

Odwodnienie nam nie groziło, przynajmniej nie do dnia następnego, inna sprawa to walka z głodem, szybko jednak pojawiły się przekąski różnego rodzaju.

Po twarzach dało się zauważyć, że jedzenie było naprawdę smaczne.

W chwili gdy u Misia pojawił się Janek, nastąpiło uroczyste wręczenie tablicy pamiątkowej.

Podobno Janek zaraz po powieszeniu tablicy na ścianie podniósł ceny w hostelu dwukrotnie. Nie ma się co dziwić, tacy goście to jednak prestiż ;-)

Kiedy inni bawili się w najlepsze Mikser nieudolnie próbował znaleźć żonę. Oczywiście cały plan spełzł na niczym, ale jak się później okazało nie było tak źle, jakby nie patrzeć Mikser w łóżku nie obudził się sam.

W tym miejscu powinniśmy zrelacjonować powrót do hostelu. Niestety zachowały się tylko dwa zdjęcia, a samego powrotu nikt nie pamięta.

Wszystkich którzy posiadają informację na temat drogi powrotnej grupy WLKP do hostelu prosimy o pilny kontakt. Mikser pamięta jedynie poranek, obudził się w łóżku obok... zadowolonego Marka.

Poranek był trudny, ale udany. Kawa skutecznie stawiała na nogi.

Trasa do MDK-u przebiegła bez większych zakłóceń. Na miejscu dilerzy przygotowywali stoiska, Waldek z Jorzikiem wręczali sobie nagrody, a słońce skutecznie leczyło kaca.

Mniej więcej w tym samym czasie delegacja WLKP w składzie Matti, Leszek, Mikser udała się w miasto w celu propagowania modelarstwa wśród młodzieży.

Niestety młodzieży zbyt wiele nie było, były natomiast urocze puby inne równie udane atrakcje.

Po powrocie na wystawę przyszedł czas na bezsensowne szwendanie się po salach, czyli zwiedzanie i podziwianie prac kolegów.

Były również warsztaty dla dzieci którym nieśmiało przyglądał się Mikser podziwiając umiejętności młodszych kolegów. Można było załapać się na kawę w styropianowym kubku, pojawiły się drobne przekąski.

Mimo drukarek które nie drukowały i komputerów bez dostępu do sieci zgłaszanie modeli przebiegało bez zakłóceń.

W tym samym czasie Mikser się przemógł i postanowił nauczyć się czegoś od zdolniejszych kolegów.

Efekt jego pracy wylądował na wystawie tematycznej przyćmiewając wszystkie inne modele.

Po warsztatach, zwiedzaniu i rozmowach o wszystkim prócz modelarstwa przyszedł czas na wykład Waldka. O czym był wykład każdy wie, Waldek zawsze opowiada o tym samym ;-)

Jak widać na ostatnim zdjęciu, wykład był bardzo ciekawy i wzbudzał ogromne zainteresowanie modelarzy.

Waldek skończył swoje biadolenie tylko dzięki interwencji Jorzika, owacja na stojąco po wykładzie owszem była, jednak nie dla Waldka, a dla Jorzika.

Lekko znudzeni, nieco zmęczeni i wyspani prosto z sali wykładowej udaliśmy się do Misia.

Kontynuacja piątkowej imprezy trwała w najlepsze, ludzie nawzajem opowiadali sobie co się działo w piątek uzupełniając drobne luki w pamięci.

Ci co pili piwo pszeniczne dostrzegli coś na niebie. Do dziś nie wiadomo co to było. Zdjęcia oczywiście wyszły zamazane, a relacje świadków są niejasne i rozbieżne.

Zaraz po tym tajemniczym zajściu nastąpiła jedna z najważniejszych faz imprezy. Melexy!

Podobnie jak w zeszłym roku wywieziono nas w jakieś krzaki. Po drodze ludzie wesoło nam machali, panny rzucały kwiaty, a kierowcy trąbili ustępując nam miejsca.

Po tej wesołej podróży dotarliśmy we wcześniej wspomniane krzewy zza których przedzierała się tańcząco-grająca fontanna.

Bezskutecznie próbowaliśmy wmieszać się w tłum. Generalnie panowało wrażenie, że nasza grupa przyciąga więcej uwagi niż samo widowisko.

Kilka chwil później zajęliśmy lepsze miejsca podziwiając widoki - widoki niekoniecznie na fontannę.

Zaraz po pokazie większość z uczestników udała się do toalet lub Melexów. Matti z Mikserem byli jednak ciekawi jak to wszystko działa. W tym celu udali się na zaplecze techniczne kompleksu.

Po krótkiej wycieczce w podziemiach udało się odnaleźć windę dzięki której wydostanie się na zewnątrz było całkiem proste.

Po całkiem udanym powrocie na miejsce integracji zaczęliśmy kontynuować nasze działania. Byli też tacy którzy dla podniesienia swojej samooceny zakupili miecze świetlne.

W tym miejscu relacja niestety się nieco ucina. Aparat Miksera został skradziony przez powszechnie znaną grupę ze Szczecińskiego Paprykarza Modelarskiego której przewodzi Konradoo. Wykonali oni serię artystycznych zdjęć. Nie wiemy jednak co autor miał na myśli. Interpretacja więc dowolna.

O poranku Mikser ponownie obudził się obok jeszcze bardziej zadowolonego Marka. Poranna kawa i tosty pozwoliły przywrócić pracę podstawowych funkcji życiowych.

Po wpisaniu się w księgę pamiątkową nadszedł czas wymeldowania się z hostelu.

Po dotarciu na miejsce, lekko zmęczeni zwiedziliśmy wystawę i aparaty poszły w ruch.

W oczekiwaniu na rozdanie nagród Matti z Mikserem udali się do... pobliskiego baru ;-)

Po powrocie okazało się że wyjście na piwo było doskonałym pomysłem. Mikser z Mattim skutecznie wymigali się od ciężkiej pracy owijania gablot z okrętami.

Ostanie chwile przed rozdaniem wykorzystaliśmy na wspominanie tego jak to fajnie było dnia poprzedniego, jedni zacierali ręce w oczekiwaniu na nagrody, inni żegnali się we łzach.

Kiedy czas rozdania nadszedł Jorzik wykorzystał okazję aby pokazać się na scenie w pełnej okazałości.

Rozdanie przebiegło bez zakłóceń i co nas cieszy WLKP nie wróciło do Poznania z pustymi rękoma.

Powrót do domu przebiegł całkiem sprawnie za co bardzo dziękujemy Piotrowi i Markowi.

Dziękujemy Jankowi za zapewnienie nam dachu nad głową i sporą cierpliwość do naszych wybryków ;-) Janek rezerwuj nam miejsca na przyszły rok!

Chcielibyśmy również podziękować wszystkim przybyłym za świetną imprezę i doskonale spędzony czas.

Oczywiście największe podziękowania należą się grupie WAK, która po raz kolejny pokazała jak genialną imprezę potrafi zrobić.

Do zobaczenia!


kameraFilm




Galeria zdjęć



2011 WLKP Poznań - Wrocław. © Powered by Mikser
Powered by Joomla 1.7 Templates