Wrocław 2013


wrocek13

Na kolejną już edycję Wrocławskiego spędu modelarskiego czekali chyba wszyscy. Grupa z Poznania zgodnie z wcześniejszymi groźbami postanowiła tam być. Mimo delikatnych zmian przed samym wyjazdem plan się udał.

Tym razem zaszczyt zawiezienia Jorzika, Mattiego, Miksera i samego siebie padł na Piranię. Z samego rana pozbierał więc ludzi spod garaży, sklepów i innych miejsc wielbionych przez tubylców. Zapakowaliśmy się więc do Hondy, obraliśmy azymut kierując się słońcem i ruszyliśmy w drogę.

Jorzikowi tak się podróż podobała, że w trasie postanowił wykonać kilka autorskich zdjęć.

Pogoda najgorsza nie była, a drobne opady deszczu nie stanęły nam na przeszkodzie, ku zdumieniu Piotra wycieraczki działały, widoczność była więc całkiem znośna, a kierowanie się słońcem działało bez zastrzeżeń.

Po bliżej nieokreślonym czasie dotarliśmy na miejsce imprezy. Niektórzy byli szybsi od nas, na miejscu czekał już Sturmovik z Dorotą, po krótkiej chwili odnalazł się również Lehcyfer.

Poszwendaliśmy się troszkę po terenie wystawy raz po raz rzucając hasła w stylu; hej, co tam, witam, sie ma! Znajomych twarzy było tak samo wiele jak i modeli, szybki rzut oka na sale, podgląd konkurencji i ogólne rozeznanie sytuacji. Stoły pełne atmosfera znakomita.

Wbrew powszechnym opinią impreza w Misiu nie trwa wiecznie, bogaci w doświadczenia z lat poprzednich przed przyjazdem zarezerwowaliśmy hotel. Podobnie jak rok wcześniej wybór padł na nocleg w hostelu Fraszka.

Kiedy Pirania zlokalizował się w czasie i przestrzeni dokonaliśmy płatności za nocleg, wypiliśmy kawę zaserwowaną przez właściciela hostelu i czym prędzej na wystawę. W czasie kiedy Piotrek szukał siebie, Jorzik pokonywał sznurowadła, a Mikser zanudzał dziwnymi historiami na miejsce spotkania dotarło trochę nowych modeli wraz z modelarzami.

Poklepaliśmy się po plecach z kolegami po fachu, zwiedziliśmy wystawę nierzadko łapiąc się za głowę. Poziom prac, jak co roku z resztą, przyprawiał niektórych o zawroty głowy.

Kilku uczestników było pod takim wrażeniem, że musieli sobie usiąść. Emocje najlepiej okazywał Waldek który modele również klei tylko w swojej własnej rzeczywistości... wirtualnej rzeczywistości.

Po ogólnym rozpoznaniu sytuacji przyszedł czas na ciepły posiłek. W pobliży dworca udało się znaleźć jadłodajnie, wraz z kilkoma równie głodnymi udaliśmy się przekąsić małe co nie co. Jak widać głód nie wszystkim sprzyjał, czego dowodem jest zdjęcie Kasi.

Z pełnymi żołądkami dokonaliśmy odwrotu w kierunku MDK-u. Tam w oczekiwaniu na wyprawę do Misia udaliśmy do biura zarządu WAK. Kilka osób debatowało na bliżej nie określony temat. Piterpanzer starał się pomalować jakąś pancerkę i trzeba przyznać, że mu szło... powoli.

Po wymianie poglądów na tematy wszelkie nadszedł czas na wyprawę do Misia. Ruszyliśmy więc w niełatwą drogę po wrogim terenie usłanym przeszkodami taktycznymi.

Na miejscu okazało się, że wszystkie lepsze miejsca są zajęte bo niektórzy z uczestników koczowali w Misiu już od środy.

Przeszkoda to jednak żadna bo udało się załatwić darmowe stoły i kilka krzeseł. Tym sposobem Poznań zajął równie wygodne miejsca i przystąpił do intensywnej integracji.

Kiedy uczestnicy się integrowali do Misia wpadł jeden z głównych sprawców zamieszania, Rajkub. Mimo wielu chęci nie był jednak wstanie zaprowadzić porządku, po krótkiej chwili spasował i wtopił się w tłum.

W międzyczasie na terenie Misia powstały małe obozy, gdzie głównym tematem rozmów był butapren, jego odmiany i techniki klejenia. Całość była oczywiście transmitowana na żywo drogą satelitarną za pomocą rozbudowanej sieci anten.

Nie brakowało również wykwalifikowanych fotoreporterów i nad wyraz fotogenicznych, osobliwych twarzy do fotografowania.

No i stało się! Podjechały długo wyczekiwane Melexy, pierwsza czerwona strzała zjawiała się jeszcze w blasku słońca. Oczywiście miejsca zostały zajęte przez VIP-ów tegorocznej imprezy. Na pierwszym planie Jorzik zaprzyjaźnia się właścicielem hostelu w którym spaliśmy. Kierowca oczywiście był pełen dumy, jak by nie patrzeć wiózł śmietankę towarzystwa.

W cały ten klimat próbował się wpasować Jańcio, ale co by nie czynił i tak wychodziło źle.

Nie minęło więcej czasu jak jedno piwo i podjechały następne pojazdy gotowe zabrać pozostałych uczestników. Krążyły plotki, że celem Rajkuba było wywiezienie wszystkich do ciemnego lasu, jednak mimo takiego ryzyka chętnych nie brakowało.

Generalnie było tak:

Udało się również zrobić niesamowite zdjęcia z wycieczki. Mimo znacznej prędkości pojazdów fotki wyszły naprawdę super. Ci co nie byli mają niepowtarzalną okazję poczuć emocje jakie towarzyszyły uczestnikom.

Jak widać na załączonych obrazkach Wrocław nocą jest niesamowity. Wycieczka nie miała końca, jechaliśmy więc tak czas jakiś i na nasze szczęście ciemnego lasu nie było widać.

Po zaprzyjaźnieniu się z wieloma przechodniami i wydłubaniu owadów z zębów udaliśmy się na miejsce docelowe. Główną atrakcją bała tańcząca fontanna nie mająca absolutnie nic wspólnego z zainteresowaniami modelarzy.

Uwaga techniczna: zdjęcia wcale nie są zamazane! Większość z nas właśnie tak to widziała!

Pomysł zabrania pospolitych sklejaczy kartonowych w takie miejsce okazał się genialny! Jak się okazało wielu modelarzy nie mogło wyjść z podziwu, że istnieją inne rozrywki niż debaty na temat kleju, tektury i nożyczek.

Piotrek uronił łzę, Matti zgrywał twardziela a Jorzik zagubił się w tłumie. Co się działo z Mikserem nikt nie wie, chociaż podobno to on robił zdjęcia.

Niestety połączenie tryskającej wody w kuflem piwa zaowocowało nagłym pragnieniem pójścia do toalety. Jak wiadomo modelarze to niezwykle kulturalni ludzie, udaliśmy się więc do WC, a nie w krzaczki jak głosiły plotki.

Jak widać na fotkach wspólne suszenie rąk bardzo zbliżyło wielu z nas.

Romantyczny nastrój udzielił się wszystkim co w znacznym stopniu ułatwiło nawiązanie kontaktów z naszym kierowcą Melexa ;-)

Nadszedł czas powrotu, pożegnaliśmy się więc z Panem strażnikiem na bramie i chwilę później zaczęliśmy witać przechodniów.

Rzecz jasna zdjęcia z drogi powrotnej są równie udane co poprzednie, udało się uchwycić wiele wspaniałych miejsc i zabytków godnych uwagi.

Wszyscy bawili się znakomicie, a Matti... cóż Matti bawił się na sobie tylko znany sposób.

Pirania poprzestawiał coś w kokpicie kierowcy i tym sposobem po lekkim zboczeniu z trasy ponownie trafiliśmy do Misia. Nie zastanawiając się zbyt długo kontynuowaliśmy wcześniej rozpoczętą integrację.

Przyjaźń modelarska starym zwyczajem zaczęła się przeradzać w miłość. Niemożliwe zaczęło stawać się możliwe i genialnym pomysłom nie było końca.

Oczywiście powstało wiele artystycznych zdjęć, w między czasie najwytrwalsi napełniali kufle bawiąc się do ostatniej chwili.

Szybko jednak okazało się, że wbrew wszelkim plotką nikt z Misia nas nie wyrzuca. Korzystając z gościny zostaliśmy jeszcze czas jakiś.

Raz na zewnątrz, a raz wewnątrz bawiliśmy się znakomicie. W międzyczasie ktoś cały czas uwieczniał wszystko na zdjęciach. Jak widać większości z uczestników sił nie brakowało i ani myśleli o pójściu spać.

Niestety wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć i mimo że niektórzy chcieli zostać do środy to zdecydowana większość uczestników była lekko zmęczona wieczorną integracją.

Na miejsce noclegu dotarliśmy za sprawą Janka, właściciela hostelu - podobno usługa ta jest w cenie. Nasz przewodnik pozwolił nam zaoszczędzić czasu na gubienie się po mieście.

W jednym kawałku dotarliśmy więc na miejsce, a po podliczeniu ludzi okazało się że nikt nie dał rady się zgubić.

Kolejny dzień rozpoczął się oczywiście pobudką. Wszyscy prócz Miksera dali radę wstać o własnych siłach. Szybka wycieczka przez ulice i ponownie powitał nas budynek MDK-u. Rozpoznanie sytuacji i równie szybkie poszukiwanie kawy.

Kawę udało się odnaleźć tak samo jak i Navigatora, przybył z Poznania dołączając do pozostałych uczestników Poznańskiej Kartonowej Pyry.

Większość radziła sobie z syndromem dnia wcześniejszego na własny sposób, niektórzy stosowali kosmiczne odmiany napoi.

Niedziela to oczywiście okres wyczekiwania na rozdanie nagród. Niektórzy robili zakupy na stoiskach z modelami inni spędzali czas na wykładach.

W czasie kiedy magicy 3D prezentowali swoje umiejętności, Matti nakupił modeli dla siebie, dzieci i wnuków.

Waldek prowadzący wykład o tematyce czysto okrętowej starał się dobrze prezentować, Jorzik z Piranią nie mogli wyjść z zachwytu, a Matti... cóż, Matti po wycieczce Melexami troszkę niewyraźnie wyglądał.

Po dojściu do siebie, zjedzeniu porcji chińskiego jedzenia i wypiciu kilku kaw nadszedł czas na formalne zakończenie imprezy. Organizatorzy rozłożyli długi stół, przepędzili Miksera z miejsca dla mikrofonu i rozpoczęli procedurę nagradzania.

Jorzik z dumą odebrał nagrodę w kategorii "Modelarskie pierwsze kroki" - tłumaczył, że to zasługa córki, ale i tak nikt mu nie uwierzył. Matti zwinął aż dwa wyróżnienia, a Sturmovik do dzisiaj nie uwierzył, że zdobył reklamówkę pełną nagród.

Grupa WLKP również ufundowała nagrodę, jednak dla odmiany w tym roku dostał ją Projektant modeli Michał Rafalski.

Po występie Jorzika Lehcyfer krzyknął ja też chce! Tym sposobem dostał się na scenę i korzystając z okazji zaprosił wszystkich na Festiwal Fantastyki Pyrkon.

I tak kolejna już Wrocławska impreza dobiegła końca. Bogatsi w nowe doświadczenia z torbami pełnymi nagród udaliśmy się w kierunku pojazdu mającego nas zawieść do domu. Mikser z Mattim szukali Melexa, ale Pirania w porę sobie przypomniał że przyjechaliśmy Hondą.

Po pożegnaniach, podziękowaniach i gorących uściskach wsiedliśmy do auta i szczęśliwie dotarliśmy do domu. Rzecz jasna mamy nadzieję być za rok ;-)


kameraFilm




Galeria zdjęć



2011 WLKP Poznań - Wrocław. © Powered by Mikser
Powered by Joomla 1.7 Templates