Przeciszów 2013


przeciszow 13I nadszedł ten wielki dzień, zapisany drukowanymi literami w kalendarzu Poznańskiej Kartonowej Pyry. Po burzliwych dyskusjach i wybraniu reprezentacji która będzie godnie promować Poznań w Przeciszowie ruszyliśmy w drogę. Zaszczyt zawiezienia Waldka, Marka, Miksera i samego siebie przypadł w tym roku Jorzikowi. Gdzieś mniej-więcej w porze emisji teleranka pozbierał ludzi, odpalił nawigację i .... wizja jazdy przez sześć długich godzin przyćmiła całą radość na jego twarzy.

Smutek nie trwał długo, Mikser przypomniał Jorzikowi jak wspaniałych ludzi wiezie, Marek dodał dokąd zmierzamy a Waldek zakomunikował, że ma pizzę. Tym sposobem nadszedł czas pierwszego postoju.

Oczywiście największy z nas dostał najobfitszy kawałek, pizza była wyśmienita zajadaliśmy się okrutnie do momentu, aż Waldek zakomunikował, że zrobił ją sam. Na przeszukanie kolorowych składników na cieście było jednak zdecydowanie za późno, więc zaraz po tym jak Marek zrobił sobie zdjęcie z kolegą ruszyliśmy w drogę. 

Kiedy naszym oczom ukazał się znajomy most zaufanie do nawigacji jak i kierowcy znacznie wzrosło. Nieśmiało trawiąc pizzę Waldek próbował przekonać resztę grupy do swoich orientacji seksualnych. Podróż przebiegała więc w atmosferze męskiej przyjaźni i wzajemnego uwielbienia.

Kilka intymnych zwierzeń dalej wjechaliśmy na autostradę. Niestety szybko okazało się, że wielu z nas autostradą jedzie po raz pierwszy, Jorzik zaczął się gubić na tak szerokiej drodze, a jego Skoda nie czuła się zbyt dobrze na tak równej nawierzchni. Ku naszemu zadowoleniu szybka i płynna jazda odeszła w zapomnienie, jak na zawołanie na autostradzie pojawił się całkiem udany i dość długi korek.

Po krótkiej przerwie na rozprostowanie nóg, wróciliśmy na trasę mknąc na trzecim biegu aż do celu. Po upływie wielu kilometrów, lamentów Waldka, ziewaniu Miksera i radości Marka dotarliśmy do mety. Naszym oczom ukazała się przepiękna fasada sali wystawowej, a wewnątrz... cóż wewnątrz sam On!

Szybko się okazało, że Poznań do Przeciszowa wcale pierwszy nie dotarł, modeli na stołach było całkiem sporo, a po sali krzątało się wiele znajomych twarzy. Po szybkim ustaleniu kto, gdzie i dlaczego rozpoczęła się procedura zgłaszania modeli. Swój dorobek wcześniej dostarczył Matti i KayFranz, Jorzik przywiózł coś na wzór okrętu i japońskie pojazdy. Marek poszedł w kierunku budowli, a Mikser... cóż Mikser z Poznania zabrał cztery napoje w puszkach i sześć bułek. Niestety do celu żaden napój nie dotarł a bułka została tylko jedna.

Powitania, klepanie po plecach, podglądanie prac konkurencji i szybki spacer po sali skutecznie zaszczepił w nas klimat imprezy. Atmosfera luzowała się w zastraszającym tempie, a niektórzy wprost wyli z radości. 

Byli też tacy co model kończyli na sali, a Poznań oczywiście pomagał jak umiał. Jak się później okazało, pomoc tak naprawdę była sabotażem, no ale grunt to szeroki uśmiech i sprawianie pozorów.

Niektórzy z uczestników usilnie starali się dobrze wyglądać, jednym wychodziło całkiem nieźle, innym znacznie gorzej.

Po obejrzeniu zarówno kolegów jak i modeli zaczęliśmy realizować fazę drugą, czyli zdobycie odpowiedniego miejsca do spania. Łukasz stanął na wysokości zadania wskazując nam kierunek kawałka podłogi z dachem. Kilka wspólnych fotek i ruszyliśmy w niedaleką drogę w kierunku sali którą na czas spotkania zamieniono w przytułek dla modelarzy.

Przytułek, przez sportowców zwany salą gimnastyczną okazał się całkiem przyjazny. Ściany pomalowane na uspokajającą zieleń, podłoga z przyjaznego do sprzątania drewna. Poznaniacy zaczęli więc znakować swoje terytorium materacami przejmując powierzchnię potrzebną do zasłużonego wypoczynku.

Po skutecznym przejęciu niezbędnego terytorium udaliśmy się do sali dyskusyjnej. Salka mieściła się na piętrze co znacząco utrudniło podróż, wspierając się wzajemnie dotarliśmy do innych uczestników. Szybki posiłek postawił nas na nogi. Jedni żywili się chemikaliami, inni pieczywem obłożonym jogurtem. 

W menu modelarzy pojawił się również banan, chipsy z tektury falistej, pasztet na bazie butaprenu i smalec nieco przypominający wikol.

Oczywiście największe zainteresowanie wzbudzały kobiety i... napoje. Niekoniecznie w tej kolejności ;-)

Waldek starał się sprawiać dobre wrażenie i wyglądać najlepiej jak potrafi. Niestety, mimo dobrych chęci wyszło jak zwykle.

Mimo wielu przeszkód w postaci schodów do ubikacji, szeroko pojętych różnic kulturowych integracja przebiegała bez zakłóceń. Jedni czytali poezję inni grali w szachy a jeszcze inni wymieniali poglądy na temat miłości do zwierząt. Na dowód mamy poniższe zdjęcia, które doskonale obrazują wspólne zainteresowania braci modelarskiej.

Oczywiście starym już zwyczajem podczas każdej integracji nadchodzi moment okazywania miłości, samouwielbienia i wzajemnego szacunku. Tak było i tym razem, kilku z nas nie wstydziło się okazać swego własnego, romantycznego oblicza.

W tak miłej i przyjemnej atmosferze wytrwaliśmy gdzieś do okolic wczesnego poranka. Zanim kogut zapiał większość z nas zdołała odnaleźć swoje własne legowiska. Po pokonaniu zamków w śpiworach udaliśmy się na odpoczynek.

Kolejny dzień przyniósł głownie ból głowy i niesmak na podniebieniu. Większości jednak dość skutecznie udało się nawiązać kontakt z własnym ciałem, co znacząco ułatwiło dotarcie na salę wystawową.

Szybko okazało się że nie wszyscy zdołali się wyspać, a sporo z nas nie wygląda tak dobrze jak dzień wcześniej. 

Starając się zachować ciszę, aby nasz kolega mógł się wyspać zabraliśmy się za zazdroszczenie innym umiejętności manualnych. Poziom prac był niesamowity, ilość modeli wręcz przytłaczająca, a co jakiś czas pojawiało się coś nowego.

Po dokładnym obejrzeniu wystawy, zadaniu kilku niezrozumiałych dla autorów pytań przyszedł czas na posiłek. Droga na obiad długa, ale wizja zjedzenia czegoś ciepłego dawała nadzieję na poprawę samopoczucia i odzyskanie kontroli nad własnym żołądkiem.

Mikser po zjedzeniu pierwszego porządnego obiadu w swoim życiu z wrażenia zasnął i podróż powrotną musiał pokonać sam. Przemierzał więc drogę radosnym krokiem raz po raz pozdrawiając tubylców.

Po przetrawieniu obiadu i dotarciu na miejsce okazało się że ekipa sędziowska obraduje w najlepsze. Sala nieco opustoszała a modelarze rozbiegli się po Przeciszowie szturmem zdobywając nowe terytoria. W tym czasie na stołach pojawiły się nagrody z pucharami budząc w niektórych ducha rywalizacji.

W pokoju zarządu trwały obrady, a Łukasz starał się ogarnąć to co sam wcześniej napisał. Inni w tym czasie krzątali się po sali próbując wyjść z zachwytu i łapiąc się za głowę raz po raz.

Kiedy nad Przeciszowem zapadł zmrok wspólną decyzją pozostałych na sali udaliśmy się w kierunku schronienia. Teren noclegowni był nam dobrze znany tak więc szybko stał się przyjaznym miejscem dla wielu z nas. Legowiska były w stanie nienaruszonym, nie pozostawało więc nic innego jak tylko rozpocząć kolejny etap integrowania się z innymi modelarzami.

Jedni zaczynali od posiłków inny uznali ten etap za kompletnie zbędny.

Zdecydowana większość utworzyła obozowiska na świeżym powietrzu. Śmiało można powiedzieć, że impreza odbywała się na wielu poziomach. U góry powstał kącik rysunkowo literacki.

A na dole, cóż na dole największym zainteresowaniem cieszył Wrocławki słupek pożyczony od drogowców.

Część z nas po piątkowych miłostkach starała się kreować na styl maczo. Niestety z mizernym skutkiem, wszyscy bowiem wiedzą, że modelarz to stworzenie pełne dobra i miłości do bliźniego.

Uginające się nogi, nierówności nawierzchni i przeszywający chłód nie wszystkich jednak pokonał, dobra zabawa nie pozwalała iść spać, a wzajemne zrozumienie zdawało się nie mieć końca.

Atmosfera u dołu była równie gorąca jak ta u góry, wszyscy bawili się do osiągnięcia kulminacyjnego poziomu zmęczenia. Tym sposobem nad Przeciszowem nastała błoga cisza, a mieszkańcy w promieniu kilku kilometrów mogli odetchnąć z ulgą.

Niedzielny poranek dla większości był zdecydowanie łatwiejszy do przeżycia - organizm zdołał się przyzwyczaić do panujących warunków. Jedyną trudnością była konieczność spakowania legowisk i zmieszczenie się do samochodów.

Po dotarciu na salę wystawy organizatorzy sprawili uczestnikom niespodziankę w postaci ciepłej zupy. Fakt ten pozwolił wielu przetrwać do pory obiadowej.

Chwilę później wystawę nawiedziły tłumy zwiedzających, sala wypełniła się po brzegi. Modelarze mieli czas na zakupy, zwiedzający mogli zadawać pytania, a organizatorzy przygotowywali się do dobrego wyglądania w krawacie.

Atrakcją dodatkową była możliwość pobawienia się w strażaka. Wozów bojowych OSP Przeciszów dodatkowo pilnowała policja.

Szybko jednak okazało się że mundurowi zdecydowanie bardziej zainteresowani są wystawą niż pilnowaniem czegokolwiek. Ku uciesze modelarzy bez żadnego nadzoru można było wczuć się w role strażaka lub policjanta. Wozy stały otworem a jak wiadomo ciekawość modelarska granic nie zna.

W tym czasie Waldek prezentował swoje prace. Efekt 3D był niesamowity, z kolorowymi okularami na nosie popadliśmy w zachwyt kolejno oglądając zdjęcia.

Puchary nęciły, byli więc tacy którzy nie mogąc doczekać się rozdania nagród czym prędzej pobiegli sprawdzić tabele wyników.

Oczywiście szał zakupów był nie mniejszy jak w roku poprzednich, handel kwitł, sprzedawcy zacierali ręce a modelarze sięgali po ostanie pieniądze.

Ci zainteresowani kolejnictwem mogli zachwycać się makietą kolejki którą zaprezentował Paweł Gąsiorek. Oczywiście wśród oglądających było znacznie więcej dorosłych niż dzieci. Jak wiadomo modelarz nie starzeje się nigdy ;-)

Na wystawę dotarły również rdzenne mieszkanki Przeciszowa. Oczywiście największym zainteresowaniem cieszyły się kościółki z Watykanem na czele.

W tym czasie Łukasz składał jakieś obietnice przed kamerami. Niestety nie zdołaliśmy się dowiedzieć co i komu obiecywał, kamerzysta stwierdził że nie włączył kamery i na szczęście nic się nie nagrało.

W upływie czasu jedni się relaksowali, inni rozmawiali, robili zdjęcia i starali się godnie reprezentować grupy modelarskie. Byli też tacy co rzucali uroki, oglądali detale, raz po raz trafiał się ktoś kompletnie zagubiony.

Tym sposobem dotarliśmy do końcowego etapu. Grzecznie ustawiliśmy się przed sceną wyczekując Łukasza w garniaku. Rozpoczęła się procedura oklasków i gratulacji. 

Wielu miało okazję zaprezentować się na scenie, jedni częściej inni rzadziej. Byli też tacy którzy po mistrzowsku udawali zaskoczenie. Wielkie oczy i zdziwiona mina nie była niczym nadzwyczajnym.

Osoby poniżej poziomu sceny starały się wyglądać nadzwyczaj dobrze, czasem w tym pomagał krawat, a czasem medale. Podobno grunt to powiesić coś na szyi ;-)

Po obszernych podziękowaniach, błyskach fleszy i gromkich brawach nadszedł czas pakowania i smutnych pożegnań. Modelarze podawali sobie ręce szlochając przy tym niemiłosiernie, wydawcy liczyli gotówkę, a organizatorzy... oni marzyli o odpoczynku.

Po spakowaniu pudeł i przetarciu łez ruszyliśmy w daleką drogę.

Rozsiedliśmy się wygodnie i zaraz po minięciu wcześniej wspomnianego mostu wszyscy łącznie z kierowcą zasnęliśmy. Przeszkoda to jednak żadna bo Jorzik bohatersko dostarczył nas do celu ;-)

Z tego miejsca chcielibyśmy podziękować organizatorom za nieziemską, wspaniałą i niezapomnianą imprezę. Bawiliśmy się znakomicie i nie wyobrażamy sobie nie stawić się za rok. Odwaliliście kawał dobrej roboty, naprawdę dobrej!

Dla tych co nie byli i tych którzy nie pamiętają że byli, poniżej film oraz galeria modeli ;-)
 

kameraFilm




Galeria zdjęć


2011 WLKP Poznań - Przeciszów. © Powered by Mikser
Powered by Joomla 1.7 Templates