50 spotkanie WLKP


50tkaO tym, że grupa modelarzy WLKP jest najlepszą modelarską grupą na świecie wiedzą wszyscy. Nie wszyscy jednak wiedzą, że właśnie poznaniakom ostatnio stuknęło pięćdziesiąte spotkanie.

Przez ten kawał czasu jedni postarzeli się bardziej, inni mniej. Przez ten czas powstało całkiem sporo modeli, przejechaliśmy tysiące kilometrów, no i wypiło się tą beczkę wódki - chociaż o beczce będzie za chwilę ;-)

Spotkania starym zwyczajem, Cytadela, Poznań. Tak było i tym razem. Kto mógł ten dotarł. Na zachetę Jorzik obiecał tort. Obietnicy dotrzymał, ale inaczej niż zakładaliśmy nie upiekł go sam - może to i lepiej ;-)

Oczywiście dokumentacji zdjęciowej z dzielenia tortu nie ma, rozszedł się zbyt szybko. Do dzisiaj niektórzy zastanawiają się jak to jest, że inni dostali mniej, drudzy więcej. Planowany był nawet bojkot, jednak strach przed prezesem skutecznie nas powstrzymuje przed dyskusją w tym temacie.

W każdym razie siedzieliśmy sobie grzecznie na swoich miejscach zajadając się tortem. Dyskutowaliśmy o wszystkim prócz modelarstwa. Na tym całkiem okrągłym spotkaniu tematem przewodnim był wzrost Piranii, wychowanie dzieci przez MZX-a i defraudacje pieniężne składek zbieranych przez Miksera.

Już mieliśmy przejść do omawiania strategii wygrywania na najbliższych zawodach w Inowrocławiu kiedy w drzwiach lokalu pojawili się oni! Tak, właśnie oni! Inowrocław przybył na spotkanie WLKP. Mało tego, przywieźli prezenty ;-) Nie była to literatura modelarska, nie były to nożyczki, maty do cięcia. Nie mieli nawet kleju, ani elementów wycinanych laserem. Postronni goście w lokalu nie mieli jednak problemu z rozpoznaniem przybyłych modelarzy, sprawę ułatwiał fakt, że mieli ze sobą beczkę wódki i pocisk kalibru 50 wypełniony... no materiał wybuchowy to raczej nie jest ;-)

Do obsługi beczki oddelegowano Miksera który nie miał pojęcia jak to się obsługuje. Po szybkim szkoleniu i uronieniu kilku kropel jakoś poszło, oczywiście z naciskiem na jakoś. Po rozlaniu napojów wyskokowych przyszedł czas na wzniesienie toastu. Oczywiście WLKP jak zwykle zmotoryzowana, grupa jednak siłą zmusiła Mattiego i Miksera do picia za tych nie pijących. Oboje więc lekko przestraszeni wraz z ISMR wlewali w siebie kieliszek po kieliszku krzywiąc się przy tym nieznacznie.

Niestety okazało się, że beczka posiada dno. Lekko napici, najedzeni również, zaczęliśmy opuszczać lokal. Krążą plotki, że niektórych trzeba było wręcz wyrzucać - chcieli zostać do środy.

Grupa ISMR oczywiście obsmarowała nas na łamach forum Konradusa, a swoje przeżycia opisali mniej więcej tak:

"ISMR-owym okiem:

Uzbieraliśmy się i o godzinie ok 16:20 ruszyliśmy do Poznania, tak aby zdążyć na 17:00 (a raczej nieco się spóźnić, bo naszą wizytę udało się utrzymać w tajemnicy). Po drodze zatrzymaliśmy się u "Piotra i Pawła" aby dokonać zakupu. Ponieważ wcześniej dokonałem rekonesansu po sklepach tak zaopatrzonych, decyzję podjęliśmy niezwykłe szybko i zaopatrzeni w dębową beczkę i dębowy pocisk udaliśmy się do Poznania, tak aby zdążyć na 17:00 (a raczej nieco się spóźnić).
Radyjko zaśpiewało, że ścieżka czysta, więc pogoniliśmy nieco konie, tak aby zdążyć na 17:00 (a raczej nieco się spóźnić). Zaśpiewał też bak i trzeba było zjechać żeby zatankować, ale poszło na szczęście w miarę sprawnie bo przecież jechaliśmy tak aby zdążyć na 17:00 (a raczej nieco się spóźnić).
Na konradusie nie napisali jaka jest ulica przy Cytadeli, ale wygooglowaniem i zapamiętałem. Wsiadając do samochodu i wbijając docelowy adres do nawigacji odezwało się to co znamionuje moją ułomność i adresu już nie pamiętałem, a nawigacja pokazała kilka ulic z "Cydadela" w nazwie, wybrałem - Za Cytadelą. I jak ktoś będzie mówił że ta nawigacja wyprowadza ludzi w pole to będę bronił nawigacji bo doprowadziła nas dokładnie za Cytadelę, co prawda lepiej jak byśmy byli przed, zaczęliśmy więc szukać owego "przed". Najprostsza forma to złapać języka, ale ponieważ ruskie jeszcze nie weszli to tylko "zaciągnęliśmy języka". Nie, to nie jest najszczęśliwszy zwrot bo pierwsza osoba która powinna być zorientowana w topografii to była maturzystka, no raczej już po maturze, no raczej już dawno po maturze (nie wiem dlaczego Anglosasi mówią mature woman na takie kobiety). Nie zaciągnęliśmy więc ale zapytaliśmy o drogę i nam dokładnie objaśniła. Co prawda nie wiem dlaczego mówiła, że mamy skręcić w lewo, a ręka jej wskazywała prawo, ale przecież wszyscy wiemy, że kobiet nie trzeba za wszelką cenę starać się zrozumieć, trzeba się z nimi pogodzić. Nie wdając się w analizy bo przecież jechaliśmy tak aby zdążyć na 17:00 (a raczej nieco się spóźnić), ruszyliśmy we wskazanym ustnie kierunku. I to był błąd bo "maturzystka" nasza miała doskonałą koordynację ruchu natomiast nie specjalnie umiała nazwać kierunki, co poświadczył drugi język informując, że tam byśmy jechali pod prąd, kazał nam zawrócić i skręcić w prawo. Tak też zrobiliśmy ale natychmiast naprzeciwko nas od pobocza wystartowała wyjątkowo złośliwa pyra i trzeba było jednak pojechać inną stroną. Ale był na prawie, bo wskazana droga do zawrócenia, była jednokierunkowa. Co z tego że przed nami było 15 metrów.
Ruszyliśmy więc w kierunku południowo wschodnim posługując się jedynie czujem, a nie językami bo przecież jechaliśmy tak aby zdążyć na 17:00 (a raczej nieco się spóźnić). Szybko dojechaliśmy w miejsce gdzie parkowaliśmy niespełna cztery lata temu w czasie naszej ostatniej wizyty. Dalej czuj już prowadził dobrze, Słyszałem za sobą głosy niepokoju, czy to dobra droga, że pod górę trzeba iść,.. Nie zważałem na to tylko parłem do przodu, bo przecież mieliśmy dotrzeć tak aby zdążyć na 17:00 (a raczej nieco się spóźnić).
Dotarliśmy około 18:00 i warto było przedsięwziąć takie przedsięwzięcie żeby zobaczyć te zaskoczone twarze. Jubilaci zaraz zaczęli się usprawiedliwiać, że tort już pochłonęli, bo nie spodziewali się, ale przecież my celowo jechaliśmy tak aby zdążyć na 17:00 (a raczej nieco się spóźnić) aby nie posądzono nas, że tort jest jedynym imperatywem jaki nas tam sprowadził.
Troszkę chyba pokrzyżowaliśmy plany naszym Pyrkom bo mieli już się rozchodzić, a tu my się zjawiliśmy i przetrzymaliśmy ich, aż do zamknięcia lokalu. Niemniej zmysł sławny organizacyjny Poznaniaków zwyciężył i niemal natychmiast zostaliśmy nakarmieni i napojeni. Nie wszyscy byli zawiedzeni, Mikser tradycyjnie miał okazje bezpiecznie ponarzekać na Prezesa i wykazał się wyjątkową indolencją i w żaden sposób nie umiał obsługiwać pipę. Ale od tego ma się starszych kolegów żeby mu pomogli i dzięki naszej pomocy miał już zabawę na cały wieczór.
Poważne i mniej poważne rozmowy trwać by mogły w nieskończoność, ale lokal zamykany być musiał bo bez tego nie można by było go następnego dnia otworzyć.
W poczuciu dobrze spełnionego i przyjemnego obowiązku udaliśmy się w drogę powrotną już bez pośpiechu, bo przecież wiedzieliśmy, że po przyjeździe do domu będą nam kazali spać.

Panowie, życzymy wam kolejnego zera na końcu waszej 50-tki."

Drodzy koledzy i koleżanki z ISMR; chcielibyśmy z tego miejsca bardzo serdecznie Wam podziękować za niespodziankę jaką dla nas przygotowaliście. Jesteście The Best! Marek do dzisiaj mówi, że tyle wódki na raz jeszcze nie widział ;-)

Pozdrawiamy:

WLKP - Poznańska Kartonowa Pyra.

2011 WLKP Poznań - 50 spotkanie WLKP. © Powered by Mikser
Powered by Joomla 1.7 Templates